„Jedną z najgorszych chwil w życiu każdego człowieka jest przypuszczalnie uświadomienie sobie, że w pewnym wieku więcej życia ma się już za sobą niż przed sobą. I kiedy nie leży przed nami ogrom czasu, trzeba znaleźć inne rzeczy, którymi się żyje. Wspomnienia na przykład. Popołudnia w słońcu z czyjąś dłonią w swojej dłoni. Zapach świeżo rozkwitłych rabatek. Niedziele w kawiarni. Wnuki, być może. Człowiek znajduje sposób, by żyć przyszłością kogoś innego.”
„Mężczyzna imieniem Ove” Fredrik Backman.
Na pierwszy rzut oka Ove wydaje się najbardziej gburowatym człowiek na świecie, zrzędą z żelaznymi zasadami, z bezwzględną rutyną i ze skłonnościami do wpadania w złość. Ludzie sądzą, że jest zgorzkniały, a on uważa, że otaczają go idioci.
Uporządkowany i samotny świat Ovego zaczyna trząść się w posadach pewnego listopadowego popołudnia wraz z pojawieniem się nowych sąsiadów- gadatliwej młodej pary z dwiema niesfornymi córkami- którzy oznajmiają swoje przybycie, niszcząc Ovemu skrzynkę na listy podczas parkowania samochodu z przyczepą. Dalsze wydarzenia tworzą ciepłą opowieść o zaniedbanych kotach, nieprawdopodobnych przyjaźniach i nieoczekiwanym wywróceniu wszystkiego do góry nogami.
All you need is… Ove
Chciałabym ostrzec osoby, które chcą przeczytać tą książkę. Z pozoru prosta historia, stary zgred, denerwujący sąsiedzi, bezpański kot… Ale to tylko maska, pod nią kryje się piękna i wzruszająca historia, Ovego. Mężczyzny, który uważał, że „Mężczyźni są mężczyznami dzięki temu, co robią. A nie co mówią”. Opowieść tak prawdziwa, że ciężko jest nie uronić choć jednej łzy, ciężko przejść obojętnie obok takich ludzi jak Ove. Teraz rozglądam się dookoła i widzę więcej, rozumiem więcej i czuje więcej. Poza smutkiem, towarzyszyć wam będzie śmiech. Większość sytuacji rozbawi was i skłoni do refleksji.
Drodzy czytelnicy, przygotujcie chusteczki…
Książka idealna na spokojny wieczór z lampką różowego bądź czerwonego wina…
*Po skończeniu książki nie mogłam się opanować, tak się wzruszyłam, że łzy same ciekły mi po policzkach…
Teraz jeszcze film…
„Mężczyzna imieniem Otto” reżyserii Marca Forstera miał premierę w Polsce 27 stycznia 2023r. A dziś był dzień, w którym to ja usiadłam w kinowym fotelu, obok dwóch wspaniałych kobiet. Cała nasza trójka ogromnie przeżyła ten dramat. Mimo że przeczytałam książkę i wiedziałam, co się będzie dziać, to jednak płakałam niemiłosiernie.
W głównej roli możemy zobaczyć Toma Hanksa, który wręcz idealnie wcielił się w postać Otto, zgorzkniałego wdowca, uważającego ludzi za idiotów. Na ekranie pojawił się- ku mojemu zaskoczeniu również jego syn Thruman Hanks, który zagrał młodszą wersję głównego bohatera. Retrospekcje przybliżały nam jego historię i pozwalały lepiej zrozumieć dlaczego, chciał zrobić, coś okropnego, lecz z miernymi skutkami i dlaczego z zewnątrz wydawał się okropnie nieprzyjemny. Tak naprawdę w głębi serca bardzo cierpiał i pragnął bliskości.