Błotnisty potwór

To było tak zaskakujące i zabawne, że ciężko będzie o tym zapomnieć.

Zeszłam na dół, do salonu, gotowa do wyjazdu na zakupy. Młody z Izi byli na dworze i na mnie czekali. Ubrałam buty i ruszyłam w ich kierunku, kiedy Izi krzyknęła, że Pimpusiowi, coś jest, a raczej, że w coś wpadł, wystraszyłam się i ruszyłam na taras. Już się bałam, że może się pogryzł, albo gdzieś utknął. Ale nie. Bardzo się myliłam. Na tarasie czekał Pi do połowy umorusany błotem.  Już nie był rudo biały, lecz szary. Jego łapki i brzuszek były calutkie brudne. Myślałam, że pęknę ze śmiechu. Młody szybko złapał małego rudego wariata, bo już wpakowywał się do domu. Przejęłam go od niego i ruszyłam na górę po schodach do łazienki. Wsadziłam Pi do wanny i delikatnie odkręciłam wodę. Miauczał i miałczał, ale nie drapał. Choć na początku, gdy był mniejszy, to tak się wyrywał, że mieliśmy podrapane ręce. Teraz jest lepiej. Przecież mój kochany futrzak, który śpi w ze mną w łóżku, zajmując jego większą cześć, nie mógłby skrzywdzić swojej pani. Tak, więc nałożyłam na rękę jego szampon i delikatnie, kolistymi ruchami wmasowywałam w jego futerko. Jak każdy kot, Pi nie był tym zachwycony, ale musiał to jakoś przetrwać. Umyty i calutki mokry, próbował się wyrwać, ale przytrzymałam go i zawinęłam w jego pomarańczowy ręcznik. Nasza zmokła kurka zawinięta w kokon, grzecznie wtuliła się w moje objęcia.

Pi już wiele razy miał podobne przygody, nie licząc oczywiście codziennych wspinaczek na dach i wchodzenia do domu prze moje okno dachowe. Raz z niego spadł, tu się z kimś pobił, tu zbił doniczkę, tu za dużo zjadł i zwrócił większą część posiłku. To nie koniec perypetii z moim rudym wariatem. Dojdzie do tego jeszcze Czarii, wielki futrzak, który potrafi się obrazić z byle powodu.

Dodaj komentarz