Koncert zupełnie inny niż wszystkie, na których byłam. Zazwyczaj wydarzenia te uaktywniały tylko narządy wzroku i słuchu. A koncert w ciemności w wykonaniu Artura Sychowskiego (Artur Moon) otworzył przede mną coś zupełnie nowego. Uaktywnił dotyk, węch, słuch i wyobraźnię. Jak?
Zgaszono światło, do fortepianu usiadła postać i zaczęła grać nastrojowa muzyka. Założyłam otrzymaną maseczkę na oczy i przeniosłam się wraz z pierwszymi dźwiękami do pięknej biblioteki pełnej książek, w której stała ogromna dębowa szafa zdobiona żłobieniami. Otworzyłam ją i w tempie muzyki zaczęłam przedzierać się przez tony futer, płaszczy i kurtek, do momentu, w którym poczułam na twarzy muśnięcie gałęzi świerku i śnieg pod stopami. Przedarłem się przez gęstwinę drzew i rozejrzałam się dookoła. Las, śnieg i na środku białej pustki paląca się silnym, jasnym ogniem latarnia. Spotkałam przy niej fauna. Zabrał mnie na herbatkę, którą wypiłam z wielką ochotą. Następnie wędrowałam po lesie, gdzie każdy jego fragment był w innej porze roku, która zależała od muzyki. To Muzyka kierowała mną i moim światem. Gdy do gry dołączyły bębny, nastał kluczowy moment, czyli spotkanie z Aslanem. Pięknym dostojnym lwem, mędrcem i jednocześnie moim przewodnikiem. Prowadził mnie po przepięknych zakątkach tej krainy. Latające wyspy, obwisłe wierzby, ogromne różowe róże czy głębokie błękitne jeziora.
Ściągnęłam opaskę, bo zaczął mnie boleć kark. Światło było praktycznie zgaszone, a scena była podświetlana jedynie kolorowymi lampkami. Na suficie wyświetlano obracające się, krzywe, okręgi, potem gwiazdki i plamki. Szczerze, chyba największe wrażenie robiło to na mnie, jak miałam zamknięte oczy, bo rzeczywiście czułam muzykę całym ciałem. Ręce mi drżały, palce w którymś momencie mrowiły. Poprawiłam się na krześle, ponownie zasłoniłam oczy opaską i wróciłam do mojej krainy.
Tym razem wraz z Aslanem przechodziłam przez polanę wróżek, muzyka niczym z bajem Disneya, przyczyniła się do tego, że Dzwoneczki tańcowały wokół mnie. Cała gromada malutkich istotek, zaprowadziła mnie i Aslana do lasu wspomnień. W tym momencie prawie się popłakałam. Widziałam przed oczami całe moje życie, całe. Kolejny etap historii, odbywał się w zamku. Szłam w stronę tronu, prowadzona przez Aslana, a wokół mnie latały wróżki. Wyczarowały mi przepiękną suknię. Lew kiwnął głową w stronę tronu i powiedział: śmiało idź. Poszłam. Faun włożył mi na głowę koronę i usiadłam na pięknym zdobionym tronie. Wszyscy się pokłonili, a potem ja pokłoniłam się im. Bez tych wszystkich postaci z baśni, legend i innych bajek nie byłoby mnie. To wszystkie historie, które poznałam będąc dzieckiem ukształtowały mnie i dały siłę do walki z przeciwnościami. Stałam się królową, królową mojego świata, królową mojego życia, PANIĄ WŁASNEGO LOSU.
Tak odczułam tę muzykę. Tak zrozumiałam jej przekaz, jej siłę i emocjonalność. (Czy to coś Wam przypomina? Może Narnię? Jeśli nic to Wam nie mówi, to przeczytajcie „Opowieści z Narnii. Lew, czarownica i stara szafa” i obejrzyjcie film o tym samym tytule.)
Nie można zapomnieć o bisie, już przy zapalonych światłach. Artur Moon wykonał na fortepianie, a w zasadzie na dwóch fortepianach „Summertime” i „Gershwin”. To było niesamowite, chociaż mnie najbardziej urzekła magia zgaszonego światła.