Nieznane jutro

*Tylko dodam na początku, że to opowiadanie z konkursu. Jak zwykle nie udało się, ale piszę dalej. Może wam się spodoba 🙂

-WSZYSCY ZGINIEMY! 

Te słowa pamiętam, jako ostatnie. Później tylko ciemność. Okropnie przerażająca ciemność, której bałam się od dzieciństwa. Odkąd pamiętam zasypiałam z włączoną lampką przy łóżku, aby nie dopadły mnie ciemne macki mroku. Wówczas było to nieuniknione. Wydaje mi się, że żyłam, że widziałam uderzenie, że widziałam wszystko, co nastąpiło później…, że pamiętam… 

Zaczęło się normalnie, jak każdy inny dzień. Wstałam rano obudzona przez promienie porannego słońca, przebijające się przez moje okno, delikatnie muskały moją twarz i lekko oślepiały. Herbata czekała już na stole, a mój brat siedział na kanapie i oglądał wiadomości. 

– Ej, wiecie, że zbliża się koniec świata?- powiedział z przerażeniem w oczach młody. 

– Co ty wygadujesz? Nie będzie końca świata. – skwitowała go matka. 

– Ale… – zaczął. 

– Dość! Siadaj do stołu i nie gadaj głupot!

Może gdybyśmy wtedy nie przełączyli kanału, może byłabym w innym miejscu, może spędziłabym te ostatnie chwilę z nimi? A tak? Wsiadłyśmy z mamą do auta i ruszyłyśmy na przystanek. Dość niska kobieta, o krótkich jasnych włosach i miłym uśmiech, wciskała pedał gazu, aby tylko zdążyć na autobus. Wysadziła mnie na miejscu i odjechała. Tyle ją widziałam… 

Czekałam na busa jeszcze dobre 5 minut. Na przystanek doszło kilkoro ludzi, mężczyzna w starszym wieku, który zrzędził, że się spóźni. Potem chłopak, chyba z pierwszej klasy ( skąd wiem? W tamtym roku po prostu nie jeździł), miał żółtą kurtkę i szary wielki plecak, w jednej ręce trzymał energetyka, a w drugiej telefon. Ostatnia była dziewczyna, nie wiem, w jakim wieku, bo była tak umalowana, że ciężko było stwierdzić. Ubrana w obcisłe skórzane legginsy, krótki różowy top i futerko, wyglądała prawie jak lalka Barbie. Autobus wyjechał zza zakrętu i zatrzymał się na przystanku. 

– Witam serdecznie -powiedział kierowca.

Pokazałam mu mój bilet miesięczny i usiadłam na moim stałym miejscu. Drugi fotel po prawej stronie przy oknie. Miałam dobry widok na ulice i przy okazji mogłam się zdrzemnąć opierając głowę o szybę. Powolnym ruchem autobus wytoczył się z wąskiej ulicy Międzyrzecza. Stare kamienice, jeszcze zamknięte rolety, ludzie spali, była dopiero 6.36. Pierwszy raz odkąd pamiętam kierowca nie włączył radia, zazwyczaj od rana leciało RMF FM, dziś nie. Może mu się znudziło- pomyślałam. Jednak zamiast założyć słuchawki i zasnąć, nie mogłam się rozluźnić, bo wciąż siedziała mi w głowie informacja o końcu świata. Co to miało znaczyć? Przecież to nie pierwszy kwietnia. To też nie był przełom, 1999/2000 kiedy to ludzie myśleli, że świat się naprawdę skończy. Teraz był styczeń 2023 r., więc dlaczego to się stało? Dlaczego nie mogę sobie tego przypomnieć? Co to było? Wydaje mi się, że gdy minęliśmy jezioro za miastem, znikąd pojawiła się mgła, tak gęsta, że kierowca zwolnił do 10km/h. Wydawało się to zwyczajne, niespodziewana zmiana pogody jest w Polsce dość popularna, więc nie wzbudziło to w nikim podejrzeń. Jechaliśmy dalej, gdy nagle na niebie coś rozbłysło, chmury zrobiły się czerwone, drzewa się ugięły, a zwierzęta zaczęły uciekać z lasów. Coś było nie tak. Kierowca się nie zatrzymał, jechał dalej. W mojej głowie zaczęły się pojawiać plątaniny myśli, a może mój brat miał rację? Może nastąpi koniec świata? Może już się zaczyna? Szybko wyjęłam telefon z kieszeni i weszłam w Messenger. „Kocham was”. Napisałam i wysłałam do wszystkich, kogo znałam i kochałam. Chciałam jeszcze zadzwonić szybko do brata, bo jeszcze siedział w domu i nie wyszedł do szkoły. Jednak nie zdążyłam. Wszystko zaczęło się trząść, ludzie krzyczeli, kierowca próbował ich uspokoić. Jednak na nic. Wszystko przepadło, gdy przed nami rozdarła się ziemia, z wielkiej dziury zaczęła wypływać lawa. Wszyscy pasażerowie przyparci byli do okien, obserwując rozlewającą się gorącą masę. Ledwo, co trzymałam się na fotelu, cały autobus drgał, podskakiwałam w górę i w dół, w prawo i lewo. 

-Uwaga, fala. – krzyknął ktoś z końca autobusu, biegnąc w stronę przedniej szyby. 

Ogromne zamieszanie. Drzwi się zatrzasnęły, silnik zgasł. Panika. Krzyki. Piski. TRACH! BUM! Ogromna fala uderza w autobus. W ostatniej chwili łapie się kurczowo fotela, aby przetrwać. Woda przelewa się z ogromną siłą przez cały pojazd, jednocześnie pchając go w stronę przepaści. Udaje mi się nabrać powietrza, ale i tak pochłania mnie woda. Mam policzki jak wiewiórka, przechowująca orzechy. Próbuje wytrzymać. Nie wiem ile dam radę. Jak długo mam być pod wodą? Potem nastąpił kolejny grzmot, silniejszy od poprzednich. Autobus utknął nad przepaścią, zaklinował się. Może to dobrze? Jednak to nie był koniec. Ludzie, którzy zostali w autobusie, czyli ten pierwszak, jakiś maturzysta, który wsiadł na głównym i kierowca, utrzymywali się przy życiu, mając nadmuchane policzki, jednak byli też ci, których porwała woda lub którzy martwi dryfowali po za pojazdem. Czułam, że zaczyna mi brakować powietrza i zapewne zrobiłam się cała czerwona. Palce zdrętwiały od mocnego uścisku na tapicerce fotela, żółto zielony materiał wgniatał się pod wpływem mojej siły. Wszystko było pod wodą, tonęło w otchłani. Fala ustała. Silny prąd porywający wszystko na swojej drodze, osłabł. Wszystko się uspokoiło. Co jeszcze, nas czeka? Okropnie się bałam. Miałam dwa wyjścia, albo wypłynąć z autobusu i szukać ratunku płynąc przez bezkresny ocean połamanych drzew i samochodów, bądź zostać i czekać aż zabraknie mi powietrza. Ruszyłam. Puściłam fotel i zgodnie z prądem popłynęłam w stronę przedniej szyby, jednak w ostatniej chwili złapałam się tej wielkiej wajchy, sprzęgła, bo tuż przed autobusem była otchłań wylewającej się ławy. Nie mam pojęcia, jakim cudem on wciąż wypływała i nie zastygała, ale… mniejsza z tym. W tamtym momencie chciałam tylko przeżyć. Nie analizowałam. Już zaczynało mi brakować powietrza. Jeden ruch rękami, kilka machnięć nogami…  ehm ekh ekh. Mogłam oddychać. Wynurzyłam się z głębin. Blade promienie słońca, przedzierały się przez gęste chmury, które spowiły wszystko dookoła, oślepiając mnie do tego stopnia, że ledwo, co widziałam na oczy. Świat był rozmazany, poszczególne elementy zlewały się w jedną szarozieloną plamę. Jedynym punktem, który wybijał się na tle pustki, był autobus. Samotny pojazd, który stał na skraju przepaści, a w nim bezbronni ludzie, umierający w otchłani, trzymając się foteli. Ktoś wypłynął za mną. Ten pierwszak. Już prawie dopływał do mnie, gdy nagle usłyszeliśmy kolejny huk, zdecydowanie głośniejszy od poprzednich. Przez mgłę zobaczyliśmy jak z nieba spadają iskry. Jakby jakaś wielka płomienna kula gnała w naszą stronę. Meteor zbliżał się z prędkością światła, robiło się gorąco, ziemia znowu się trzęsła. Na naszych oczach cały świat ulegał zagładzie… Chłopak zdążył krzyknąć: WSZYSCY ZGINIEMY!!

Coś poczułam…  Jakby delikatne ukucie igły, takie same, jak przy pobieraniu krwi. Nagły ból w całym ciele… Inny nieznajomy dotąd zapach… Gorąco i ziąb na zmianę… Usłyszałam czyjś głos, dziwny, nieznany, dostałam gęsiej skorki. 

-Hausze asze uu

-Łafa łafa ła uuu

Coś ze sobą rozmawiało, miało swój język, przypominający trochę szczekanie psa, z którego nic nie rozumiałam. Chciałam otworzyć oczy, ale coś mi na to nie pozwalało, jakby ktoś zakleił mi powieki. Powoli z bólem, z całej siły próbowałam się ruszyć, rozejrzeć się dookoła, wołać o pomoc. Jedna próba, nic. Druga próba, też nic. Liczyłam, że za trzecim razem uda mi się ocknąć, jednak też nic. Dopiero za czwartym razem udało mi się otworzyć oczy… 

-Aaaaaaaaaaaaaaa – krzyknęłam, bo tuż nad moją głową stał potwór, kosmita, zwierzę. Nie wiem, co to było, ale wpatrywało się we mnie z nieukrywaną ciekawością. 

-Hiszał – powiedziało do mnie stworzenie. 

-Łona nisz nieu roułamie.- dodało drugie monstrum pokazując na mnie i na opaskę założoną na swojej szyi, po czym nacisnął znajdujący się na niej guzik. 

– Ona nic nie rozumie. 

Wytrzeszczyłam oczy. Co jest? Te stworzenia znają nasz język, mówią… 

-Nie krzycz- rozkazał potwór. – Uratowaliśmy cię i powinnaś być wdzięczna. Rozumiesz!

Nie dowierzałam. Kiwnęłam głową. Nastała jasność. Któreś z nich włączyło światło. Teraz dokładnie widziałam białe pomieszczenie z szarym sufitem i listwami Ledowymi, minimalistyczne maszyny połyskujące metalicznym blaskiem i skafandry kosmiczne w kącie. 

-Zadamy ci pytania, a ty masz na nie odpowiadać. – powiedziało stworzenie odwracając moją uwagę od minimalistycznego wnętrza, przypominającego Ikeę. –Rozumiesz? – dodał. 

– Tak. – odpowiedziałam z trudem. Bolała mnie cała twarz. 

-Ile masz lat?

– 17. 

-Jesteś człowiekiem, kobietą?

-Tak

-Kochasz zwierzęta?

– Tak.

Po co te pytania? O co chodzi? Gdzie jestem? Dopiero teraz zauważyłam, że jestem do czegoś podłączona, z mojej głowy, rąk i brzucha odchodziły kable i rurki, które połączone były z maszyną stojącą po mojej lewej stronie. Wahadełko chodziło w górę i w dół, metalowy pręcik trzymał pion, a przyciski migotały na zielono. Spojrzałam na stworzenia, które wydawały się zadowolone, bo na ich pyszczkach widniał brzydki uśmiech. Istoty nie wydawały się teraz takie straszne, przypominamy jakiegoś zmutowanego psa. Z tego powodu, odważyłam się zadać pytanie, na które pragnęłam poznać odpowiedź odkąd otworzyłam oczu. 

-Gdzie ja jestem? 

-Jesteś na naszym statku. 

– A co się stało? 

-Wasza planeta została zniszczona. – powiedziało stworzenie stojące najbliżej mnie. – Uratowaliśmy cię, bo jesteś nam potrzeba do badań. Tak samo jak wiele innych ludzi.

-Chwila… badań? A gdzie jest wasz statek? 

– W kosmosie. 

O boże. Miałam wrażenie, że zaraz zemdleje z przerażenia, czyli to mi się nie śniło. Te błyski, ta fala, autobus, meteor… wszyscy zginęli. Moich najbliższych już nie było. A ja siedziałam na niewygodnym białym krześle, podłączona do maszyn na statku kosmicznym jakiś zmutowanych psów. Ale chwila… skąd psy w kosmosie? Jakby poszukując odpowiedzi na to nurtujące mnie pytanie, zaczęłam przejeżdżać oczami po ścianach, nagle natrafiłam na mały obrazek. Widniał na nim pies, taki normalny, zwyczajny mieszaniec. Podobny do… No tak. Łajka, pierwszy pies w kosmosie, wystrzelony w 1957 r.. Wydawało mi się, że przecież suczka nie przeżyła tej wyprawy po orbicie. Widocznie świat nie poznał całej prawdy, czyli wychodzi na to, że Łajka, żyła przez jakiś czas w przestrzeni kosmicznej. Przystosowała się do warunków i wykształciła potrzebne umiejętność, nie wiem tylko jak udało się rozmnożyć? Może ewoluowała dzięki promieniowaniu alfa? Przyleciały też inne psy? Spotkała kosmitów? Małpy…? 

-To nasza matka! – powiedziało stworzenie, widząc, że wpatruje się w obrazek. –Teraz pójdziesz z nami. 

Odłączyli mnie od maszyny i kazali wstać. Jeden z nich większy, brązowo zielony z długimi kłami, podparł mnie i zaprowadził do innego pomieszczenia. Na korytarzu było ich więcej. Mutacje psów, małe i duże, czarne i brązowe. Wszystkie chodziły na dwóch tylnych łapach, miały na szyjach opaski z tłumaczami, a na brzuchach pasy z narzędziami i guzikami. Ich przednie łapy zdeformowane i upodobnione do ludzkich dłoni, mogły wykonach przeróżne czynności. Sam korytarz wyglądał jakby ktoś skleił różne kolory metalowych płyt, zapewne były to śmieci wyrzucane przez ludzi w kosmos, tony dryfujących odpadów. Wielkie drzwi otwierające się na odcisk ich łapy, prowadziły do kolejnej sali, A w niej klatki, setki klatek jak w opuszczonym schronisku. Szare przytłaczające ściany i metalowe pręty, sprawiały wrażenie jakby miażdżyły mnie swoim bladym blaskiem. Nie było tam słońca, no, bo skąd, jedynie świeciły się Ledy zawieszone pod sufitem. Oświetlały one więźniów klatek, którzy podeszli do krat, aby zobaczyć, kto podąża korytarzem. TO LUDZIE! Ludzie siedzieli w klatkach. Trzymali ręce na prętach, obserwując mnie i błagając stworzenia o litość. Gdy ktoś zaczął krzyczeć, istota idąca za mną wyciągnęła kij, trzymany za pasem i uderzyła człowieka. To był przerażający widok, miałam deja vu. Wyglądało to zupełnie jak na zdjęciach z artykułów o znęcaniu się nad zwierzętami, tylko tym razem role się odwróciły. To człowiek był ofiarą, a zwierzę drapieżnikiem.

-Zostaw! – powiedziało stworzenie pomagające mi iść. Po czym otworzyło klatkę i z wielką siłą mnie do niej wepchnęło. Uderzyłam plecami o podłogę, okropny ból przeszył moje ciało, powodując gęsią skórkę i dreszcze. Zamknęli mnie na klucz i odeszli. 

– Co się dzieje – zapytałam przerażona. 

– Jesteśmy obiektami ich badań. – odparł głos z klatki obok. 

– Ale uratowali nas. – powiedziała jakaś kobieta. 

– Chcą nas zabić- dodał kolejny głos. 

Już po mnie. Znajdowałam się na statku kosmicznym w kosmosie, porwana przez zmutowane psy, chcące nas badać. Nigdy bym nie pomyślała, że coś takiego mnie spotka. Teraz modliłam się, żeby przeżyć kolejny dzień. 

***

Nie wiem ile czasu minęło, godziny, dzień może dwa, odkąd utknęłam w klatce na statku kosmicznym. Zagłodzona i bita, leżałam skulona w kłębek w rogu klatki, czekając na sąd ostateczny. O określonych porach przychodziło do nas kilka stworzeń, trzymając w łapach pałki, bicze i kije bejsbolowe, wybierały sobie numer i wyciągało na środek sali danego człowieka, lub brali go do innego pomieszczenia, skąd już nie wracał. Zmutowane psy posiadały cztery palce zakończone pazurami, gdzie w tylnych łapach były one dłuższe, a w przednich krótsze, aby łatwiej im było coś trzymać. Mimo to ich uchwyt i ruchy były specyficzne, nawet nie powolne, bo nie brakowało im szybkości, ale inne. Po prostu inne. Przecież normalny pies nie utrzymałby nic w łapach. Któregoś razu przyjrzałam się ich kończynom, porównując do ziemskich psów, palce istot delikatnie się rozłączyły, poszerzając przerwy miedzy nimi, a opuszki zmieniły kształt, jednak kosmici dalej posiadali opuszek śródręcza. Taka zmiana miała usprawnić ich ruchy. Przyznać to muszę, że stworzenia były bardzo silne, bo zadawały taki ogromny ból, że ciężko było go wytrzymać. Czasami myślałam, że po omdleniu nie otworzę już nigdy oczu.

Nagle skrzyp otwierających się wielkich drzwi. Kroki. Stanęli przed moją klatką, klikając świecący guzik tłumacza. 

-Od teraz będziesz nazywać się „siedemnaście”. Rozumiesz? Byłaś grzecznym człowiekiem, więc w nagrodę idziemy teraz na spacer.

-A ty! – zwróciła się istota do chłopaka w klatce obok. – Ty byłeś niegrzeczny, bo próbowałeś się stąd wydostać, a tego zabroniliśmy. Należy ci się kara. Jesteś złym człowiekiem.

Istoty rzuciły się w stronę klatki i wyciągnęły chłopaka siłą. Wzięły do łap pałki i zaczęły tłuc z wielkim impetem mojego sąsiada. Lała się krew, słychać było gruchot łamanych kości… 

-Ekh ekh- kaszlał ostatkiem sił chłopak.

Zamknął oczy… i już ich nie otworzył…  

Niedowierzałam. Wszyscy milczeliśmy przerażeni, całą tą sytuacją. Jednak nie mogłam się ruszyć, przywarłam do krat i patrzyłam, mimo że widok był tak okropny, że przeszły mnie ciarki, a do oczu napływały łzy. Teraz zwrócili się w moją stronę. Otworzyli klatkę i wyciągnęli na środek pomieszczenia. 

-Łapy! – krzyknął kosmita. 

Nie wiedziałam, o co chodzi, więc dostałam za to kilka batów i kopnięć. Leżałam prawie plackiem na zimnej metalowej posadzce, ocierając krew z ust. 

-Łapy! – powtórzył kosmita. 

Podparłam się na kolanach i na rękach.  Kosmiczne psy, tak nazwałam te istoty, ubrały mi obrożę i przypięły smycz. Ledwo szłam na czworakach, bo wszystko mnie bolało. Zaprowadzili mnie do głównej sali ich statku i przywiązali smycz do wystającego z podłogi pręta. Jeden z nich, większy brązowy z zielonymi łatami na pysku, podszedł do wielkiego panelu sterowania i nacisnął jakiś guzik. Metalowa zasłona przedniej szyby zaczęła się rozsuwać, odsłaniając bezkresny kosmos, miliony gwiazd, śmieci i planet. Przepiękny widok. Kosmiczne psy obserwowały każdy mój ruch, każdą moją reakcję. Potem druga istota wcisnęła inny przycisk na panelu i z sufity zjechał projektor.

-Chcemy jej tłumaczyć, po co są nam potrzebni ludzie?– zapytał największy z nich reszty załogi.

-Tak.- odpowiedziałam za nich.- Dlaczego najpierw nas uratowaliście, a teraz torturujecie?

-To nie są tortury. Ty nie widziałaś jeszcze prawdziwych tortur. Ale teraz zobaczysz, jak jesteś tak odważna. – powiedział, kiwając do drugiego głową.

Istoty włączyły projektor.  Na ścianie na przeciwko wielkiej szyby wyświetlały się obrazy i filmy, przedstawiające torturowanie psów przez ludzi. Okropne zdjęcia pobitych zwierząt, przewijały się bez końca. Nie mogłam na to patrzeć, z oczu płynęły mi łzy. A gdy próbowałam odwrócić wzrok, kosmiczne psy przytrzymywały moją głowę, abym wpatrywała się w przerażającą prawdę. Człowiek był okrutnym potworem dla zwierząt, które pragnęły tylko miłości, wyżywał się na nich, pozostawiał w lasach przywiązane do drzew czy wkładał do worka, zawiązywał i wyrzucał do rzeki. Płakałam. Nie mogłam opanować łez, które wylewały się ze mnie, niczym woda ze zbyt małego wiaderka.

-Dość.- powiedział wielki kosmiczny pies.- Obiecaliśmy przecież nagrodę za dobre sprawowanie, nieprawdaż?- zwrócił się ironicznym tonem do towarzyszy największy z nich.

Odwiązali moją smycz od pręta i zaczęli prowadzić w stronę włazu.  Nagle istota stojąca po mojej lewej stronie wbiła we mnie strzykawkę z jakąś fioletową substancją. Zakręciło mi się w głowie, zabrakło tchu. Wdech i wydech. Wdech i … ciemność.

Gdy z trudem otworzyłam ponownie oczy ujrzałam bezkresny kosmos, którego wielkość przerażała, a jednocześnie zapierała dech w piersiach. Ale chwila… Czy ja byłam poza statkiem? Oddychałam? W kosmosie?! Spojrzałam pytająco na istoty obok mnie, wyglądały na smutne. Wpatrywały się w ziemię, a dokładniej w skałę, na której się znajdowaliśmy. Meteor czy może jakaś mała planeta. Nie wiem, ale poza nami nie było tam niczego.

-Po, co tu jesteśmy? Jak oddycham w kosmosie?- zapytałam.

-Milczeć! – krzyknął zmutowany pies i uderzył mnie pałką po brzuchu.

Skuliłam się z bólu i upadłam twarzą na zimną skałę. Kosmiczne psy zdjęły ze mnie smycz, zostawiając jedynie obrożę z numerem 17. Jeszcze kilka razy mnie uderzyli, krzycząc „zły człowiek, zły człowiek”, Po czym odeszli i wrócili na statek, zostawiając mnie samą, ledwo żywą na tym małym kawałku skały, opuszczoną… zranioną…

W tamtym momencie czułam się jak te pozostawione na pastwę losu psy, których właściciele najpierw się nad nimi znęcają, a potem wyrzucają je na pustkowiu lub przywiązują do drzew. Wyglądałam wówczas pewnie podobnie, siedziałam wpatrzona w niebo, czekając aż zobaczę ich statek… Siedzę tak już dobre kilka tygodni, chyba, ale nie wiem jak w kosmosie płynie czas. Wydaje mi się, że spędziłam już tu całą wieczność. Teraz pozostało mi czekać.  Na co? Na nieznane jutro…

 

Ten post ma jeden komentarz

  1. RSS Polska

    Nie można nie podziwiać obszernej analizy, jaką przeprowadziłeś w artykule. Szczegółowe rozwinięcie każdego punktu i uwzględnienie różnych perspektyw znacznie wzbogaciło treść.

Skomentuj RSS Polska Anuluj pisanie odpowiedzi