Podboje Tureckiej Riwiery

Zacznę może od tego, że wieczorem, gdy pakowaliśmy już walizki, Izi zaczęła mieć wątpliwości, czy każdy z nas może mieć osobną walizkę. Przez co szybko wyrzuciliśmy wszystko na środek pokoju i próbowaliśmy zmieścić się w jedną walizkę. Co było w gruncie rzeczy niemożliwe. Obie z Izi dostałyśmy zawału i można rzec, że byłyśmy bliskie płaczu. Dopiero po kilku telefonach do znajomej upewniłyśmy się, że każdy może mieć walizkę do 20kg i bagaż podręczny do 5 kg.

Uff. Odetchnęliśmy. 

Dzień 1

Wujek postraszył mnie trochę i wpadłam w lekką panikę. Polecam oglądać katastrofy lotnicze w wieku 10 lat z tatą u boku, komentującym prawdopodobieństwo takich wypadków.

Najpierw powoli po pasie startowym, potem coraz szybciej i nim się spostrzegłam byliśmy już w przestworzach. Nawet nie zdążyłam zemdleć ani krzyczeć z przerażenia.

Sam lot minął dość spokojnie bez jakichkolwiek komplikacji, chyba, że zaliczymy do nich okropnie głośne dzieci z siedzeń obok. Przeczytałam trochę książki G. Musso, którą oczywiście miałam przy sobie, a jakby inaczej. Gorsze było zniżanie lotu i samo lądowanie. Przez to, że leciałam pierwszy raz, nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. Gdy zaczęliśmy przebijać się przez chmury, myślałam na początku, że spadamy, że po nas, ale szybko uświadomiłam sobie, że wszystko jest w porządku. Lekkie turbulencje, lekka panika, zatkane uszy, zapewne dość znane uczucie dla podróżujących samolotami, no i oczywiście oklaski dla pilota.

Turcja przywitała nas ogromnym skokiem temperatury, a raczej wybuchem ciepłego powietrza. Miałam wrażenie, że się roztapiam, dosłownie, nawet chusteczki czy ochlapanie twarzy zimną wodą nie pomagały. Było już ciemno, gdy zajechaliśmy do naszego pokoju. Głodni po całym dniu, spóźnieni na kolację poszliśmy na miasto. W Side zaczyna się życie dopiero, gdy zajdzie słońce. Pełno ludzi, imprez świateł.

Dzień 2

Za dnia relaksowaliśmy się na hotelowej plaży oddalonej może 1km od hotelu. Mieliśmy tam leżaki, parasole i obok bar z turecką kawą czy zimnymi napojami. Tego dnia, fale były malutkie, więc większość czasu spędziliśmy w wodzi na ochłodzie.

Wieczorkiem, gdy zaszło Słońce, ruszyliśmy do antycznego miasta Side. Do niedawna była to senna wioska rybacka, a teraz to turystyka stała się źródłem poważnych dochodów. Pomimo licznych dyskotek i kawiarni wtłoczonych między starożytne zabytki Side zachowało swój urok, stając się swego rodzaju skansenem, jedynym takim w Turcji, w dodatku bardzo malowniczo zlokalizowanym.

Droga do miasta przypomina labirynt, (brakuje tylko nici Ariadny i Minotaura) wytyczony wśród ruin. Za bramą wjazdową, gdzie nie można wjechać autem, jedynie tamtejszym busem, taksówką lub po prostu na pieszo, oraz posągiem Wespazjana naszym oczom ukazał się rzymski teatr, który wówczas był zamknięty. Tuż obok niego rozciągały się pozostałości Agory, czyli starożytny rynek, wokół którego toczyło się życie polityczne i społeczne. Dalej zobaczyliśmy resztki toalety publicznej, bizantyjską świątynię oraz resztki murów, za którymi było zejście na plaże. Zachody słońca najlepiej podziwiać z bliźniaczych świątyń Apollina i Ateny, skąd roztacza się widok na mieniące się morze. Przy jednej z nich, gdy stanęliśmy, aby zrobić zdjęcia było tak okropnie tłoczno, że ledwo się przecisnęłam. Na ruinach antycznego miasta, powstała dość oblegana dzielnica z kawiarniami, knajpami i sklepami, gdzie w niektórych miejscach były przezroczyste płyty w chodniku, mające pokazywać, co znajdowało się pod nimi, m.in. stare kolumny czy ozdobne gliniane garnki.

Dzień 3

Tego dnia ruszyliśmy na wodospad rzeki Managvat. Szmaragdowa woda, intensywnie zielona roślinność wokół i oczywiście kafejki i sklepy z pamiątkami. Mimo tłoku udało się zrobić zdjęcia i odetchnąć wilgotniejszym powietrzem.

Następnie zagłębiliśmy się w miasto Managvat i szukaliśmy bazaru, gdzie wśród straganów z żywnością można znaleźć lokalne wyroby, herbaty, zioła czy ubrania wystawione specjalnie dla turystów. Ostatecznie kupiłam herbatę o smaku smoczego owocu i szafranu. Pycha.

Dzień 4

Autobus czekał na nas pod hotelem, zabierał nas na wycieczkę statkiem po rzece Managvat. Na początku nawet nie wiedziałyśmy gdzie jedziemy, więc zaczęłam się śmiać, że to masowe porwanie i podzielą nas na grupy, ładni na prawo, a reszta na lewo i kulka w głowę. Wyszłaby z tego może ciekawa książka…

Najpierw po rzece między wysokimi trawami, potem między luksusowymi hotelami z 5 gwiazdkami. Pierwszy przystanek na plaży, gdzie po jednej stronie była rzeka, a po drugiej morze. Niestety ku naszemu zaskoczeniu, nie było tam piasku tylko kamienie, a my nie wzięłyśmy z hotelu butów do wody. No cóż, bywa. Udało się nam wykąpać, ale było tam dość głęboko, do tego stopnia, że gdy nadchodziła fala, to, mimo, że miałam dno, zakrywało mnie. Spędziliśmy tam godzinę i ruszyliśmy dalej na pełne morze. Podczas dość długiego rejsu po otwartym morzu, była możliwość wskoczenia do wody i walki w pianie.

Po rejsie, gdy zaszło słońce pojechałyśmy do antycznego teatru, oddalonego 36km od Side. W Aspendos znajduje się ogromny obiekt na 15tys. widzów wzniesiony za panowania Marka Aureliusza, który zachował się w prawie nienaruszonym stanie. Rzymski teatr jest najlepiej zachowanym teatrem antycznym na świecie, którego przez 1800lat nie naruszyły ani trzęsienia ziemi, ani wojny, ani też ząb czasu. Obecnie odbywają się tam różne koncerty, a w lipcu i czerwcu festiwale opery i baletu. My natrafiłyśmy na występ taneczny i świetlny opowiadający historię miasta Aspendos. Tancerze byli niesamowici, miałam ciarki. W 15 minutowej przerwie przeszłam się po całym teatrze, próbując sobie przypomnieć jego budowę, którą omawiałam w liceum. Parados czyli wejścia dla chóru znajdowały się po obu stronach Proskenionu, czyli sceny. Za nią Skene– kulisy, a przed sceną, Orchestra– placyk, na którym występował chór, no i widownia, czyli Theatron. Nie można zapomnieć o wspaniałej akustyce, podobno, gdy po prawej stronie teatru upuści się igłę to słychać to nawet po lewej.

Dzień 4

Tego dnia spacerem ruszyłyśmy do antycznego miasta, Side, tym razem od strony plaży i natrafiłyśmy na muzeum, mieszczące się w dawnych rzymskich łaźniach przy Agorze. Eksponaty zostały znalezione na terenie miasta Side. Sarkofagi, posągi Ateny i Hermesa, czy fragmenty kolumny, stare monety, biżuterie, a na zewnątrz zachowany nawet w dobrym stanie zegar słoneczny. Tuż obok znajdował się już trochę w gorszym stanie teatr antyczny, do którego musieliśmy przejść przez fragment bramy miasta. Może nie tak piękny zabytek jak ten w Aspendos, ale widok nadrabiał. Z samej góry rozciągał się widok najpierw na Agorę, bardziej na prawo były ruiny Side i morze. Z tej perspektywy zdjęcia wychodziły idealnie i magicznie.

Czy widzieliście może kota na plaży? Mruczka, który spaceruje sobie po piasku lub wyleguje się w blasku księżyca na leżaku. My tak. Wieczorem po zachodzi słońca, poszliśmy na spacer i spontaniczną kąpiel w morzu, bo przecież nie zamykają go na noc jak basen. W ten sposób poznałyśmy z Izi, Lunę, białą kotkę bez ogona, która nie odstąpiła nas na krok, dopóki nie wyszłyśmy z plaży. To nie był pierwszy kot spotkany na spacerze, w sumie jednego dnia naliczyłam 35… Raj dla kociarzy. Koty są bardzo przyjacielskie i bardzo pragną być pogłaskane

Dzień 5

Green Canion (Zielony kanion) podróż statkiem po niesamowicie szmaragdowo zielonych wodach położonych pomiędzy kamienistymi górami. Idealne miejsce, można pomyśleć i w gruncie rzeczy takie było, tylko było jedno, ale- dojazd do zacumowanej łódki. Mały głośny bus, jadący po zakrętach blisko urwiska z dość dużą prędkością, mówi chyba sam za siebie, chociaż widoki z okna były piękne. Izi lekko panikowała, na zakrętach i wjazdach pod górkę. Jednak, gdy dotarliśmy na miejsce, to krajobraz zapierał dech w piersiach. Widzieliśmy po prawej zaporę na rzece Managvat, którą mijaliśmy po drodze, a po lewej wielkie jezioro Oymapiner i jego odnogi uchodzące w głąb gór. Wycieczka statkiem była bardzo spokojna, muzyka, napoje i relax. Gdy wpłynęliśmy w góry, to poczułam się jak w bajce „Pocahontas” od Disneya. Nawet powiedziałam Izi, że założę się, że puszczą piosenkę „Kolorowy wiatr”. Wygrałam, usłyszałam ją, w zasadzie samą melodię podczas obiadu, ale była, była.

Podczas rejsu zatrzymaliśmy się trzy razy, dwa razy na pływanie w szmaragdowej wodzie, która nie wypychała nas na powierzchnie tak jak słone morze, wręcz pochłaniała naszą energię i raz na obiad. W drodze powrotnej na statku puszczono piosenkę z „Tytanica”, więc dziób statku został przejęty przez ludzi robiących sobie romantyczne zdjęcia, pozujących jak Leonardo DiCaprio i Kate Winslet w słynnej scenie.

Dzień 6

Ten dzień spędziliśmy najpierw na plaży, opalając się i w wodzie, próbując ustać przy dwu metrowych falach. Potem poszliśmy na basen i staraliśmy się pilnować mojego brata i jego kolegę, aby nie skakali i nie chlapali ludzi wodą, bo ostatni jak ochlapali jedną kobietę, to ona poszła czytać regulamin, chyba się zdenerwowała.

Dzień 7

Nikt nie zgadnie zapewne, nawet nie pomyśli, o której mieliśmy wyjazd autobusem z hotelu. To teraz szybka matma, wylot mieliśmy o 9.45, na lotnisku trzeba być dwie godziny wcześniej, więc to już 7.45. Dalej wliczając w to dojazd tym autobusem, który mimo to, że jechał dość szybko to przez to, że zabierał ludzi z różnych hoteli, droga trwała tak ok. 1,5godzinki. I teraz, co? Ile wychodzi? O której mieliśmy być na dole czekając na busa? O 5.25. Tak, bardzo wcześnie. ( Jeśli chodzi o turecki czas, bo na polski to jeszcze gorzej, bo o 4.25) Budzik ustawiłam, więc na 4.55 czasu tureckiego ( 3.55 polskiego).

Przespaliśmy całą drogę busem i większość lotu. Na koniec wspaniała niespodzianka, jeśli można to tak nazwać, zgubiłam moja czapkę na lotnisku. Poszłam do łazienki i spojrzałam w lustro i chwilowo się wtedy zawiesiłam. Ej gdzie moja czapka!- pomyślałam sobie. Ani Izi jej nie miała ani Młody, więc odtwarzałam film w głowie, gdzie ostatni raz miałam ją na sobie. Przy bramkach! Poleciałam tam dość szybko i na szczęście czapka wisiała na jednej z nich. Ufffff. Ulżyło mi, bo wpadłam w lekką panikę. 

Takim sposobem nasze tygodniowe podboje tureckie dobiegły końca.

  

Ten post ma jeden komentarz

  1. Kornelia

    Jak zawsze-świetny tekst!

Dodaj komentarz