„Dziewczynka w sukience moro”

Trzasnęłam drzwiami mojego pokoju. Huk rozniósł się po całym mieszkaniu, obijając się o jasno niebieskie ściany i niedopasowane meble. Liczyłam, że robiąc rodzicom na złość, przyjdą do mnie, usiądą i mnie przytulą, zobaczą moje łzy. Jednak słyszałam tylko cisze. Ciszę, która przerażała mnie i wywoływała ciarki. Każdej nocy, gdy musiałam spać sama w moim łóżku, bałam się. Mrok i bezszelestny szept w mojej głowie, podpowiadały mi różne scenariusze, mroczne i bolesne, niczym koszmary na jawie.

Rozpłakałam się skulona na łóżku, a raczej na rozkładanej szarej kanapie. Co innego miałam zrobić, po tym jak rodzice powiedzieli mi, że Tata wyjeżdża. Tyle, że to nie wyjazd na parę dni czy miesiąc, jak robił to zazwyczaj, gdy w wojsku mieli poligon, ten będzie inny. Dłuższy.

-Kochanie, tatuś wróci nim się obejrzysz. Zobaczysz, to tylko rok – mówiła mama.

-… to długo.- protestowałam – Musisz jechać?

-Tak, muszę skarbie. Przecież wrócę – twierdził – To bezpieczna misja- dodał bez przekonania.

Mocno go przytuliłam, powstrzymując łzy.

-Potem ci opowiem jak było na pustyni.

-Będziesz na pustyni? Zobaczysz wielbłądy? Będziesz na nich jeździł? – dopytywałam przez łzy.

Rodzice zaczęli się śmiać. Czy na pustyni nie było wielbłądów? Po chwili ucichli i powiedzieli, że muszą porozmawiać. Miałam iść do pokoju i tam na nich poczekać, jak co dziennie, mieliśmy poczytać razem bajkę.

Więc czekałam. Czekałam i czekałam. Nawet podeszłam do drzwi i nasłuchiwałam. Myślałam, że uda mi się usłyszeć całą rozmowę, jednak drzwi i ściany okazały się dość silną przeszkodą. Wyłapałam poszczególne słowa, pojedyncze i nic dla mnie nieznaczące. „Iran”, „niebezpieczeństwo”, „samochody”, „logistyka” i „baza”.  Przerażały mnie, dopiero, gdy byłam starsza zrozumiałam w pełni, co one oznaczały, wówczas były tajemniczymi wyrazami, którym próbowałam nadać sens.

Niedługo potem tata wyjechał. Starałam się nie płakać, pokazać mamie, że damy sobie radę we dwie, w zimę, mieszkając w bloku na czwartym piętrze, bez garażu dla samochodu i długą drogą do mojego przedszkola. Zeszliśmy całą trójką po schodach. Tata niósł dwie wielkie torby, mama jedną mniejszą, a ja liczyłam stopnie, aby nie myśleć o rychłym rozstaniu z ukochaną osobą. Na dworze panował chłód, jakby pogoda wspierała mnie w smutku, a oszroniona trawa, świadczyła o nadchodzącej ziemie. Parking był jeszcze pełny, jedynie pojedyncze samochody zniknęły ze swoich stałych miejsc, pozostawiając po sobie lukę w rzędzie kolorowych pojazdów. Nasze auto stało na prawo od klatki schodowej, trzecie w kolejce, granatowe, jedno z wielu granatowych aut. Wyróżniało się jedynie tym, że było nasze. Tata otworzył bagażnik i wrzucił tam swoje torby i usiadł za kierownicą. Nawet nie włączyli radia, siedzieli w ciszy, a ja nie chciałam jej przerywać. Co miałabym niby powiedzieć? Cokolwiek bym nie zrobiła tata i tak pojedzie na poligon, i tak nie będzie go z nami przez rok.. W tym momencie moje uczucia nie miały znaczenia, moja miłość do niego i tęsknota były bezwartościowe. Zatrzymaliśmy się przy jednostce i wszyscy wyszliśmy z samochodu, a chłodny wiatr wiał nam prosto w twarz. Długo stałam przytulona do taty, obejmując najpierw jego nogi, a potem, gdy wziął mnie na ręce, jego szyję. Nie chciałam puszczać. Nie chciałam. Nie chciałam pozwolić mu odejść.

Odszedł. Wszedł przez bramki do wielkiego ciemnozielonego budynku, ostatni raz na nas spojrzał, pomachał i zniknął za drzwiami.

Zostałyśmy same. Ja i mama. Dwie kobiety zdane na siebie przeciwko światu.

***

Zima przyszła szybciej niż ktokolwiek mógł przewidzieć. Białe płatki śniegu przykryły miasto niczym kołdra, a poranne przymrozki niweczyły każdy dobry humor, również nasz. Pierwszego dnia, gdy temperatura spadła poniżej zera, jak co dzień zeszłyśmy na dół z mamą zapakować się do samochodu i ruszyć do przedszkola. Jednak nawet nie mogłyśmy otworzyć auta, klamki przymarzły a szyby były oszronione. Mama zaczęła klnąć na całe osiedle, wyzywała tatę, że nas zostawił w takim momencie, wyzywała głupi samochód, sąsiadów i pogodę. Kazała mi wejść z powrotem do klatki, abym nie zmarzła, bo szef nie dałby jej wolnego, i próbowała dostać się do bagażnika, w którym schowana była skrobaczka.

Mama spóźniła się prawie pół godziny.

Tego samego dnia wieczorem ponownie zapowiadali przymrozki, w dodatku większe niż wcześniej. Miałyśmy plan.

-Kochanie, tu masz telefon, ale on służy tylko do dzwonienia i zostawiamy go w domu. – powiedziała przekazując mi telefon do rąk – Jutro rano, zjemy szybciutko śniadanie i pierwsza zejdę na dół do samochodu. Będę musiała go odmrozić i rozgrzać. Zadzwonię do ciebie, gdy będzie gotowy. Zejdziesz na dół ze swoim plecakiem i pluszowym pieskiem, poczekasz na dole na klatce. Wtedy ja szybko pobiegnę zamknąć mieszkanie i obie wejdziemy do już rozgrzanego auta.

-Tak jest kapitanie- odparłam.

Tak też zrobiłyśmy. Na moją ulubioną sukienkę moro ubrałam kurtkę, potem buty, czapkę, szalik i rękawiczki. Zbiegłam na dół z plecakiem najciszej jak tylko umiałam, aby nie budzić sąsiadów, i stanęłam przy drzwiach od klatki, opierając twarz o małą szybę. Mama pomachała do mnie, zapraszając mnie do samochodu, ciepłego samochodu. Zapięła mnie w foteliku i szybko pobiegła zamknąć mieszkanie, niestety jeszcze nie bardzo dosięgałam do zamka, więc nie miałam jak jej w tym pomóc.

Jechałyśmy potem przez miasto łamiąc wszystkie możliwe przepisy. Byłyśmy wówczas ponad prawem.

***

Jednak były momenty, których wolałabym nie pamiętać. Dałabym wszystko, aby wyrzucić z głowy obraz zapłakanej mamy trzymającej w rękach telefon, albo chodzącej po nocy po mieszkaniu, bo miewała koszmary.

– Mamo? Gdzie jesteś?

-W salonie, chodź usiądź przy mnie.

Wskoczyłam na czerwoną kanapę i wtuliłam się w mamę. Jakiś elegancki pan w telewizji pokazywał teraz zdjęcia z pustyni.

-Tam jest tata- krzyknęłam wskazując na ekran.

-Tak kochanie, tam jest tata – Mama spojrzała na mnie smutno.

Pokazywano zdjęcia z walk, zniszczone samochody i miliony rannych, i zabitych. Zaniepokoiłam się. Tata mówił, że będzie bezpieczny, ale z tego, co widziałam, to ta jego „pustynia”, nie była taka bezpieczna. Wtuliłam się mocniej w ramię mamy, a gdy zrobiono zbliżenie na namioty z rannymi, schowałam głowę za poduszkę. Mama już nie była taka zadowolona z oglądania telewizji, bo w jej oczach widziałam strach i smutek.

Co wieczór siedziałyśmy przy telefonie, czekając na ewentualną tragiczną wiadomość. Przestałam się bawić w wojsko, nie układałam żołnierzyków na dywanie i podłodze, tworząc z nich dwa wrogie sobie oddziały. Schowałam je wszystkie do pudełka i ukryłam w najciemniejszym zakamarku mojego pokoju. Moja ulubiona sukienka moro stała się dla mnie symbolem strachu, przestałam ją nosić. Nie mogłam na nią patrzeć. Obwiniałam moją sukienkę, plastikowe oddziały żołnierzyków, pana z telewizji, szefa taty i samego tatę, o to, że my z mamą zostałyśmy same, stęsknione i przestraszone.

***

Moja rzeczywistość nie zmieniła się, jak po roku tata wrócił. Niby był, ale tak naprawdę go nie było.  Chodziłam już do pierwszej klasy szkoły podstawowej, kiedy mama potajemnie odebrała go z pracy i przywiozła do domu. Oczywiście cieszyłam się i płakałam ze szczęścia, ale przeświadczenie o tym, że z mamą zwojuje cały świat zostało. Córeczka tatusia dawno odeszła, nie było już dziewczynki w sukience moro.

Dodaj komentarz