Londyński spacer

To już kolejna podróż autobusem w tym roku. Kolejna nieprzespana noc i okropny ból pleców. Tym razem wraz z wycieczka szkolną, na którą zapisałam się na ostatnią chwilę, wybraliśmy się do Londynu. 

Autobus był pełny, wyjechaliśmy z opóźnieniem, ale jakimś cudem przyjechaliśmy o planowanej godzinie. Może w nocy kierowca dodał trochę gazu i zapominając o hamulcach gnał po autostradzie. Ciekawym przeżyciem był przejazd pociągiem pod kanałem La Manche, inaczej przez Anglików zwanym English Channel. Trwało to ok 30 min. Myślałam, że…, Dobra w ogóle nie wyobrażałam sobie tego, jak to będzie wyglądać. Znałam Londyn tylko ze zdjęć, filmów czy opisów, ale nie wyobrażałam sobie siebie kroczącej między ulicami pełnymi czerwonych piętrowych autobusów. 

Będzie to krótko, zwięźle i na temat. Zakochałam się w architekturze małych domków z czerwonej cegły, które przypominały te z „Cruelli” czy „101 dalmatyńczyków”. To nie takie polskie zaniedbane stare kamieniczki, które już dawno straciły swój blask. W Londynie wciąż błyszczą, swoim sercem i charakterem, różnokolorowymi drzwiami czy drobnymi werandami i niesamowitymi okiennicami. Chodnikami kroczyli różnoracy ludzie. Nie było dwóch takich samych. Miasto różnic i wielu kultur, tolerancji i miłości do samego siebie. Po za tym zauważyłam, że ci ludzie wciąż biegają. Cały czas mijali nas biegacze, ubrani w sportowe ciuchy, słuchawki i wygodne buty, czasem nawet z psami. Miałam wyrzuty sumienia przez to. Też lubię biegać, ale preferuje bieżnie na siłowni niż teren, ale chyba zmienię nawyki na tańsze i zdrowsze, tak jak oni. 

Spacerowaliśmy brzegiem Tamizy, między ogromnymi budynkami ze szkła, takimi, że Warszawa może się schować. Doszliśmy do idealnego punktu widokowego na Tower Bridge, najsłynniejszy most w Londynie. Potem mijaliśmy Katedrę Southwark i teatr Szekspirowski, niestety nie byliśmy na żadnym spektaklu, nad czym ubolewam. Stałam przed tym biało-czarnym budynkiem nie z tej epoki i widziałam siebie siedząca na widowni. Eh no cóż… Dalej poszliśmy do Galerii Tate Modern znajdującej się w starej elektrowni, wejście było darmowe. Uwierzycie, darmowe wejście do galerii z obrazki i rzeźbami, w Polsce coś takiego wydaje się nie realne. Spędziliśmy tam 2 godziny kontemplując obrazy. Dobrze, będę szczera, przysnęło się nam na krzesełkach, wraz z dwiema przyjaciółkami, odespałyśmy trochę nocy w autobusie. To nie tak, że nic nie obejrzałyśmy, wręcz przeciwnie, praktycznie wszystko. Zdecydowanie najlepsze muzeum w tym roku. J

Następnie Milenium Bridge, mostem, który zawiera w swojej konstrukcji elementy pochodzące z Polski, przeszliśmy na drugą stronę Londynu, do City gdzie, wieżowce dotykały chmur i przypominały różne przedmioty, jeden wyglądał jak rączka do zmiany biegów, inny jak ogórek, kask czy jajko.

Kolejnego dnia wywieziono nas po za miasto do Brighton i na klify Seven Sisters. Niesamowite widoki, rozciągające się białe kredowe klify, podmywane wciąż przez wodę, stanowią najważniejszy element Parku Narodowego Seven Sisters. Jest również jednym z najpopularniejszych miejsc, wybieranych prze samobójców…

Odchodząc od tej mrocznej części historii, muszę przyznać, że Pani przewodnik dała nam w kość. Cały dzień praktycznie spędzony na spacerze po parku, wzdłuż linii brzegowej, aby ostatecznie skończyć na kamienistej plaży, leżąc plackiem z zamkniętymi oczami.

Muszę się przyznać, że dni zaczęły mi się plątać i po Brighton, nie do końca pamiętam, co było po kolei, ale to chyba nie ważne. Na pewno odwiedziliśmy gmach takiej prestiżowej szkoły, aby porównać, kto ma lepsze patio, czy park. No z żalem muszę przyznać, że moje liceum może się przy tamtej uczelni schować. To było przy Opactwie Westminster, tego samego dnia widzieliśmy zmianę warty przy Buckingham Palace, potem spacerem przez St. James’s Park i mijaliśmy nawet Dom Parlamentu wraz ze słynną wieżą Zegarową i Big Benem. Pamiętam jak przewodnik zatrzymał się i opowiadał nam o historii Blood Mary, straszącej w jednym z zamków. Dalej Leicester Square, China Town oraz M&M World. W dzień odjazdu, gdy ledwo staliśmy na nogach ruszyliśmy na rejs statkiem, ale jak się okazało zamknęli Tamizę, ze względu na jakieś regaty. Tak, więc musieliśmy się wracać z powrotem do metra i weszliśmy wcześniej na London Eye. To koło jest ogromne! Autobusem piętrowym też nie jechaliśmy, a mieliśmy w planach, dlaczego? Bo ludzie wyszli na ulice z manifestacją o prawa kobiet w Iranie. Zrobiliśmy sobie zdjęcia przy tych sławnych czerwonych budkach telefonicznych. Dopiero wieczorem mieliśmy rejs, tylko kolejny problem wyskoczył, gdy ustawiliśmy się w kolejce, po naszym 10 minutowym opóźnieniu, nie było dla nas miejsca. Czekaliśmy 45 minut, nie wiem jak inni, ale my w kilka osób grałyśmy w „Czółko”. Ostatecznie popłynęliśmy o zachodzie słońca, zobaczyliśmy podświetlany most Tower Bridge i London Eye. Nie obyło się oczywiście bez końcowej mordęgi pod górę, jakimiś ciemnymi ulicami do autobusu. Wszyscy zasnęli w drodze. Była taka cisza, że praktycznie przespałam całą drogę.

Podsumowując, naprawdę podobała mi się wycieczka, jednak Londyn to nie moje miasto. Trochę brudny, tłuste jedzeni, niewyobrażalny tłok i metro, w którym można się zgubić. Wydaje mi się, że w moim sercu już na zawsze pozostanie Paryż i nawet wieża zegarowa z Big Benem, nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, jak stalowa Wieża Eiffla.

Londyn to piękne i klimatyczne miasto, ale nie moje.

 

Dodaj komentarz