„Czy możesz się spodziewać, że tego właśnie dnia spadnie an ciebie jak grom z jasnego nieba to COŚ, co nie pozwoli ci już nigdy wrócić do normalnego życia? Co zmieni twoje przekonania, twoją wygodę, twój brak oczekiwań. Czy można się przygotować na miłość? I czy można ją odwzajemnić, zanim nie będzie za późno? Bohaterowie tej książki chcą wybrać słoneczną stronę, ale nie wiedzą, że cały czas pozostają w cieniu. W cieniu słońca.”
To moje pierwsze spotkanie z twórczością Katarzyny Grocholi, więc nie mam porównania z jej innymi książkami, ale obiecuje, że to się zmieni. Po tej lekturze stanowczo zaznaczam, że przeczytam jeszcze kilka jej pozycji.
Sama książka jest napisana w sposób dość niekonwencjonalny, a jednocześnie interesujący. Wydarzenia bieżące, mieszają się ze wspomnieniami głównego bohatera i jego przemyśleniami, dlatego przypomina to trochę dziennik bądź pamiętnik.
„Trwałem całe życie w błędnym przekonaniu, że wszystko zaczyna się od początku, a tymczasem wszystko zaczyna się od końca, od ostateczności do pierwszych zdarzeń pozornie nieistotnych. Po prostu wszystko toczy się w przeciwnym kierunku, niż myślisz.”
Głębokie przemyślenia, rozterki, które dotyczą każdego człowieka zawarte w dość krótkim romansie, pozwalają, choć na chwilę oderwać się od rzeczywistości. Powolna akcja, której zazwyczaj nie lubię, tutaj mnie urzekła. Mimo to, że na samym początku nie wiedziałam, o co chodzi, to po paru kolejnych stronach zrozumiałam sposób zapisu i sens całości.
Główny bohater, dość zamknięty w sobie mężczyzna, z traumatycznym dzieciństwem stara się nie zapomnieć. Ale czego? Jego podświadomość wyrzuciła z jego głowy prawie całe dzieciństwo, dlatego gdy Harriet pyta go, kiedy ostatni raz płakał, on odpowiada: nie pamiętam.
Zestawienie dwóch przeciwieństw w postaci Harriet i Andrew, pokazuje, że miłość potrafi przełamać wszystkie różnice. Razem się dopełniali, ona otwarta na świat marząca o widzeniu emocji przez pryzmat kolorów, a on zamknięty w sobie realista. Oboje dają świadectwo temu, że miłość przezwycięży WSZYSTKO.
Kocham, kocham i kocham. Przez całą książkę czułam okropne ukłucie w sercu, taki przytłaczający smutek, tylko czytając nie mogłam uronić ani jednej łzy. Dopiero, gdy doszłam do ostatnich stron, to po prostu wybuchłam płaczem.