W małym miasteczku gdzie wszyscy się znają, podobno nie da się zniknąć. Duchy, o których chodzą legendy, milkną i spuszczają głowy błądząc po ulicach ok. 18.00, gdy nikt z żywych już z domu nie wychodzi. Cisza panująca wieczorami nikogo nie zachęca do spacerów. Za dnia to miasteczko jest zwyczajne, jak zwyczajni mogą być ludzie. Proste ulice, żadnych rond i zawijasów. Wszystko mało skomplikowane. Jedna główna ulica, od której odchodzą na boki mniejsze uliczki, przy których stoją niskie bloki i domki. Mniej więcej na środku znajduje się szkoła. Kiedyś był to budynek pełen kolorów, jednak po renowacji, elewacja jest szaro- biała. W tej szkole spotykają się wszystkie dzieci z miasteczka. Nie ma ich dużo, ale w małym budynku i tak jest ciasno. Pierwsze osiem klas ma pierwsze i drugie piętro na wyłączność, oddział szkoły średniej znajduje się na trzecim piętrze. W tym właśnie budynku narodziła się osobowość jednej wyjątkowej dziewczynki.
Ciemne blond włosy związane w dwa niskie kucyki, czarna opaska i sukieneczka na rozpoczęcie pierwszej klasy, nigdy nie wychodziły z mody. Cichutka trochę pulchniutka dziewczynka z wielkim uśmiechem i najlepszą przyjaciółką złapaną pod rękę, wkroczyła przez wielkie drzwi szkoły, aby rozpocząć swoją edukację. Usiadły razem, zawsze tak robiły, już od przedszkola trzymały się razem. Obiecały sobie, że to nigdy się nie zmieni. Czas miał to pokazać. Nauka literak szła jej bardzo dobrze. Szybko zrozumiała, że kocha książki. Uwielbia, jak mama czyta jej wieczorami, gdy obie chowają się pod kołdrą w jej pokoju. Pierwsze trzy kasy upłynęły szybko. Przede wszystkim pełne były zabawy, spotkań z nowymi przyjaciółmi i obowiązków związanych z dodatkowymi zajęciami gry na pianinie. Już taka mała dziewczynka musiała zachowywać się rozsądnie i odpowiedzialnie, z racji, że mieszkały same z mamą i potem z młodszym braciszkiem. Tata wciąż wyjeżdżał, wciąż go nie było, a na dziadków nie mogła nigdy liczyć. Czwarta klasa przyniosła wiele zmian. Trzeba było się już więcej uczyć, coraz ciężej znajdowało się czas dla przyjaciół. Gra na pianinie zmieniała jej postrzeganie świata, była dojrzalsza, chociaż nie było tego na początku tak bardzo widać. Pierwsze przyjaźnie zaczęły się rozpadać i pojawił się hejt, dokuczanie i pierwsze łzy. Przyjaciele zaczęli się od niej odwracać. Stopniowo. Czemu? Dziewczynka stała się najlepsza w klasie, tym przysłowiowym kujonem, którego lubili nauczyciele. Z czasem można było już rozmawiać o poglądach, gustach i hobby. Pianino, książki, pisanie, koty i muzyka w tym też klasyczna, teatry i musicale. To była ona, marzycielka a zarazem realistka i czasem pesymistka. Nie wolno jej było pocałować się z chłopakiem na obozie. Wszystko wyciekło do murów szkoły i dziewczynka była dręczona przez pół roku, płakała po nocach starając się być silną, tak jak ją nauczyła mama. Uśmiech, głowa do góry i wszystko jest dobrze. WSZYTSTKO JEST DOBRZE. Przyjaciele, nie byli już przyjaciółmi, odzywali się do niej tylko po to, aby spisać zadanie czy być z nią w grupie na zajęciach. Nikt nie chciał jej poznać, nie chciał wiedzieć, jaka jest. Rodzice doszukiwali się problemów w niej, w jej zachowaniu i poglądach. Tyle, że dziewczynka nic nie zawiniła. Była ufna i pragnęła bliskości, dlatego dość długo była wykorzystywana przez „przyjaciół”. Zamknięto wszystkich w domach i miasteczko opustoszało, choroba wyniszczała wszystkich i tym zdrowych i tych chorych. Przestala wówczas odpisywać na ich wiadomości, skupiała się na lekcjach i była aktywna. Ósmą klasę skończyła, jako najlepsza w swoim roczniku. To było od niej wymagane. Spełniła oczekiwania przynajmniej na chwilę. Była zniszczona tymi ludźmi, więc uciekła z tego miasteczka do innego liceum. Tam gdzie nie było „przyjaciół” z piekła rodem, gdzie nie patrzono na nią jak na robota, gdzie mogła zacząć od nowa bez łatki „idealnej dziewczyny”.
-Hej, jestem …Kocham książki, gram na fortepianie i pisze opowiadania. Mam dwa koty w domu i będę rozszerzała polski, historię i angielski. – powiedziała na integracji klasowej.
-Hej, też kocham czytać.
-O ja też.
-A ja gram na fortepianie. Ile lat się uczysz gra?
W liceum w większym mieście byli ludzi, który wydawali się podobni do niej. Chcieli się uczuć i osiągnąć coś w życiu. Wszystko zaczęło się układać, nawet była szczęśliwa. Jednak taki spokój nie trwał wiecznie, bo już w drugiej klasie dziewczynka, zaczęła często jeździć do szpitali, miała zabiegi i potem, gdy podobno miało być już dobrze, wszystko się pogorszyło i w ostatniej chwili dotarli do szpitala. Spędziła tam tydzień. Potem już było lepiej, bo zabieg się udał, ale został uraz do lekarzy i szpitali, którzy od pierwszego zabiegu obiecywali, że będzie dobrze, że ból zniknie. Kłamali. Dalej plecy i znowu ból powrócił. W trzecią klasę weszła już bez szpitali, miała tylko fizjoterapię na karku i uzależnienie od tabletek przeciówbulowych. W liceum miała dużo nauki, mnóstwo obowiązków, zero czasu dla siebie i kolejne oczekiwania. To zostało, wciąż dążyła do ich spełnienia. Rodziców, nauczycieli i samej siebie. Nie potrafiła sobie odpuścić, nie potrafiła pokazać słabości. Nie mogła popełnić błędu. Miała dobre chwile, bo poznała dużo przyjaciół, których kochała całym sercem. Zaprzyjaźniła się z nauczycielami, którzy zawsze byli przy niej. Odkryła swoje pasje i możliwy plan na przyszłość. Klasa maturalna przyszła szybciej niż by tego chciała. Dziewczynka zaczęła uczyć się non stop, bez przerwy, pijąc tony kawy i łykając kolejne tabletki na głowę. Była idealna, tak jak każdy chciał. Twarda jak skała, silna i odpowiedzialna.
Jednak któregoś dnia po prostu zniknęła i nikt się tym nawet nie przejął.