Śladami Wrocławskich krasnali

Na wycieczkę do Wrocławia trochę się wkręciłam, za sprawą mojej przyjaciółki. Gdy dostałam od niej informację, że wybierają się do miasta krasnali, to od razu poprosiłam ją, aby mnie dopisała do listy.

Na samym początku pojawiło się pewne zagrożenie, tym razem nie z mojej strony, tylko z Olki. Wyobraźcie sobie, że ta wariatka spóźniła się na trzy autobusy i musiała iść z internatu, z walizką, i to z buta. A to wszystko przez krojenie owoców.

We Wrocławiu byliśmy ok. 12. Po rozpakowaniu w hostelu, który o dziwo była naprawdę, naprawdę w świetnych warunkach i ruszyliśmy na miasto. Najpierw spacerkiem poszliśmy na Jarmark Bożonarodzeniowy. Fakt, że nie robił on takiego wrażenia, jak się spodziewałam, ale miał swój urok. Małe drewniane chatki, choinka, mała kolejka czy gigantyczna maskotka bałwanka. Po za tym było mnóstwo jedzenia, kiełbasek, pierogów, zapiekanek, gofrów, pajd chleba ze smalcem czy kołaczy, no i oczywiście grzanego wina, którego woń rozciągała się po całym jarmarku. A po równie wygórowanych cenach sprzedawano pamiątki, skarpetki, pierniczki, bransoletki, wisiorki, obrazki czy kubeczki. Było tego naprawdę dużo. Po dwóch godzinach czasu wolnego, wykorzystanego na obiad i spacer między drewnianymi chatkami, spotkaliśmy się pod muzeum Pana Tadeusza.

„Muzeum Pana Tadeusza to najnowsza i najnowocześniejsza część Ossolineum, prezentująca zbiory Zakładu na bogatym tle historycznym i literackim. Funkcjonuje od maja 2016 roku w jednej z piękniejszych kamienic Wrocławia – Pod Złotym Słońcem.”

Szczerze trochę zawiodłam się na tym muzeum. Wyobrażałam sobie wiele ciekawych ekspozycji i ciekawostek, które mogą nam sprzedać przewodnicy. Jednak nie dostałam, tego, czego oczekiwałam i troszkę się nudziłam. Szkoda, że księgarnia przylegająca do tego obiektu, była zamknięta, bo może nie nudzilibyśmy się aż tak bardzo. Sama idea miała wielki potencjał, jednak został on niewykorzystany. Myślałam, że wejdę do pomieszczenia, które odwzorowywałoby jadalnie w Soplicowie. To by było coś.

Następnie przebraliśmy się w pokojach i ponownie spacerkiem ruszyliśmy do Teatru Polskiego, znajdującego się na starym rynku. Spektakl na kameralnej scenie zszokował nie tylko nas, ale również opiekunów. Drobna wpadka. 

„„Błyskotliwa, inteligentna i zaskakująca komedia absurdu francuskiego autora Sébastiena Thiéry’ego. Pełen czarnego humoru traktat o współczesnym świecie: pozornej sprawiedliwości, równości i wolności w dobie powszechnej globalizacji. Groteska opowiadająca o tym, jak przeciętny obywatel wpada w sieć korporacyjnego świata finansów. Reżyser Jacek Bończyk osadził tekst w polskich, a nawet wrocławskich realiach.

„Wyobraź sobie, Widzu, że jesteś zadowolonym agentem nieruchomości, który wszedł do oddziału swojego banku, żeby podjąć gotówkę. Podajesz do autoryzacji kartę debetową i… I odtąd zaczyna się udręka Jacka Krafta, który boryka się z dziwacznym kasjerem oraz specyficzną szefową oddziału banku. W banku, który już nie jest znajomym bankiem, zaczyna się pełna absurdów historia, która może się przydarzyć każdemu, kto przekroczy próg pozbawionej czułości instytucji. W finale spektaklu pozostaje pytanie: czy ta cała sytuacja była lub byłaby w ogóle możliwa? A może to misterna gra boskiej istoty pochodzącej z innej kultury i wymiaru? (Spektakl dla widzów od 16. roku życia)”

Na to ostatnie zdanie, ewidentnie opiekunowie nie zwrócili najmniejszej uwagi, bo w którymś momencie byli zażenowani, że są na tym spektaklu razem z nami. My natomiast świetnie się bawiliśmy. Niesamowita komedia. Uśmiałam się do łez. Może to była zwykła komedia, a może metafora polityki? A może po prostu przewidzenia lub sen? To zależy od widza.

Następnego dnia, po odwiedzeniu księgarni, kociej kawiarni ze Sfinksami. Odkryłam, że na Starym Rynku znajdują się aż dwie kocie kawiarnie. Zwykła i taka ze Sfinksami. Wybrałyśmy dziwaczne koty praktycznie pozbawione sierści. Pierwszy raz widziałam tę rasę kota na żywo, w dodatku nie wiedziałam, że to są takie pieszczochy. Dostałam tyle buziaków od rudawego Sfinksa, że nawet Pi ze swoim mizianiem może się schować. Wskakiwał na mnie, tulił się i lizał. O mały włos nie stał się moją pamiątką z Wrocławia.

Następnie opiekunowie zafundowali nam niespodziankę -Panorama Racławicka. Ogromne płótno w kształcie walca, które posiada długą i ciekawą historię. Jednak z racji, że historii nie lubię, to nie za bardzo przysłuchiwałam się  półgodzinnemu nagraniu.

Suma summarum, wycieczka była naprawdę wspaniałym przeżyciem. Oby więcej takich wycieczek szkolnych. Jednak to nie koniec wrażeń na ten weekend.

 

Ten post ma 2 komentarzy

  1. Informator :)

    Słowa mają ogromną moc, Ja bardzo w to wierzę. Mogą inspirować, dawać motywacje lub pocieszenie, a gdy go potrzeba. Czasem w jednym zdaniu jak zaklęta jest mądrość, której szukamy w życiu przez bardzo długi czas.

  2. Pouczająca lektura! Doceniam szczegółowość i dokładność. Szkoda tylko, że niektóre fragmenty są zbyt techniczne dla laików. Mimo to, świetne źródło wiedzy!

Dodaj komentarz