„- Bo jeśli coś samo z siebie jest kiepskie, niewiele potrzeba, żeby to zupełnie zniszczyć. Ale jeśli coś jest perfekcyjne… Wszechświat dąży do równowagi. Wszystko chce sprowadzić do przeciętności.”
Niesamowicie prawdziwa, bolesna historia, która mogłaby przydarzyć się każdemu. Ukazuje, jakie życie jest nieprzewidywalne i bezlitosne. A jednocześnie, że po każdym złym dniu, nastąpi ten dobry, bo życie jest niczym sinusoida, raz na dole, a raz na górze. Najpierw musi być źle, aby później mogło być lepiej, bo wtedy bardziej doceniamy te drobne szczęśliwe chwile.
Autorka przedstawia nam dwóch bohaterów, Rede i Janka. Ten pierwszy to młody, dopiero wchodzący w dorosłość chłopak, który nie ma lekko. Ojciec alkoholik, duża ilość pracy i problem miłosny z najlepszą przyjaciółką. Natomiast Janek próbuje poradzić sobie ze zbyt szybką śmiercią żony, która osierociła dwie bliźniaczki i dopiero, co urodzoną córeczkę.
Reda jest odpowiedzialny i pracowity, nie miał prawdziwego dzieciństwa, bo po szybkiej utracie matki, musiał zając się załamanym ojcem. Jego marzeniem stała się ucieczka z małego miasta, które niszczyło ludzi. Kreacja bohatera jest dość prosta i oczywista, ale prawdziwa. To nadaje książce autentyczności i pobudza emocje. Postać Redy jest wzorowana na wielu nastolatkach z trudna przeszłością, którym udało się wyjść na prostą i spełnić marzenia.
Natomiast Janek, dorosły mężczyzna, który został sam z trójką córeczek. Wcześniej, gdy żyła jego żona, nie miał dla nich czasu, wychodził wcześnie i wracał późno. Ada miała przez to dzieci na swojej głowie całe dnie. A gdy jej zabrakło, Janek nie mógł się odnaleźć, nie znał swoich córek, nie potrafił tak dobrze gotować, a dodatkowo był w żałobie. Temat śmierci przewija się w całej książce. Janek sam musi się uporać z ciemnością, która z dnia na dzień jest coraz bardziej dołująca. Następnie będzie musiał to jakoś wytłumaczyć dziewczynkom, które pytają go: Gdzie jest mama?. Czy dzieci powinny wiedzieć, że ich mama nie żyje? Jak przekazać im, że już jej nie zobaczą?
„-Jeszcze kiedyś się spotkamy.
-Gdzie ona jest?
-Nie wiem.
-A ma tam domek?
-Tak myślę. Każdy ma gdzieś jakiś domek…”
Janek nie jest w stanie im otwarcie tego powiedzieć, co tym bardziej ukazuje realność tej sytuacji. Po namowie przyjaciółki żony, prowadzi córki do psychologa. Żałoba wciąż trwa. Autora pokazuje, że ten mrok i pustka, będzie w sercu do końca życia, tylko od nas zależy czy się temu poddamy, czy odnajdziemy światełko. Siła Janka stały się dziewczynki. To dla nich wstawał z łóżka. Dla nich nie poddał się alkoholowi. „Kiedy się nie myśli, a zamiast tego mechanicznie wykonuje kolejne czynności, ból jest trochę mniejszy.”
Teraz uwaga zwrot akcji. Przeczuwałam to od początku, ale dopiero w połowie miałam pewność. Reda i Janek to jedna i ta sama osoba, która mimo ogromnego cierpienia, wyszedł z mroku i pokonywał wszystkie przeciwności. Im dalej byłam tym bardziej sprawy się komplikował. Nie spodziewałam się aż tak wielu problemów, w jakie wpakował się bohater. Już sam alkoholizm ojca i trudne dzieciństwo, potem śmierć żony, musiała być bolesna i traumatyczna. A to, czego dowiedziałam się potem…
Bohater był naprawdę silny. Wiele osób po takich trudnościach już dawno by się poddała. Ale On nie. Jest idealnym przykładem, na to, że mimo bólu i cierpienia, wszystko da się przeżyć.
Szczerze, momentami bywało nudno. Ile można pisać o tym samym? Cierpienie, ból, śmierć. Fakt są to ważne tematy, ale trochę przegadane i nad wyraz wyolbrzymione.
Mogę szczerze stwierdzić, że jest to udany debiut autorki. Choć opis średnio mnie przekonał, to, gdy zaczęłam ją czytać, to zakochałam się w małych córeczkach Janka. Plus naprawdę kibicowałam Jankowi/Redzie i Marcie. Ostatecznie mężczyzna odnalazł swój Happy End.