Z Hiszpanią za pan brat cz.2

Rano po wczesnym śniadaniu ruszyliśmy wypożyczonym samochodem na podboje Portugalii. Pierwszym punktem na liście była Tavira, miasto pełne klimatycznych uliczek i ruin zamku. Jednak mimo ogromnych chęci nie udało się nam nic tam zwiedzić, gdyż złapał nas okropny deszcz. A w zasadzie niewyobrażanie wielkie oberwanie chmury. Nic nie było praktycznie widać. Z oka cyklonu wyjechaliśmy wprost na numer 2 na liście, czyli Loule, tradycyjne miasteczko targowe, pełne krętych uliczek i historycznych zabytków. Centralnym punktem wycieczki było zadaszone targowisko inspirowane kulturą arabską, gdzie były porozstawiane stragany z winami, rękodziełami czy domowymi wyrobami. Miejsce to otaczają dość ruchliwe uliczki, place z rzędami drzew i labirynty alejek, które prawie nie zmieniły się od średniowiecza. 4minuty od centrum i targu znajduje się zamek, który w średniowieczu służył, jako siedziba gubernatora miasta. Obecnie na jego terenie mieści się bogato wyposażone muzeum, którego niestety nie odwiedziliśmy. Po za tym w zakamarkach krętych wąskich uliczek znaleźliśmy oczko wodne z żółwiami, wyłaniającymi się z wody niczym wielkie krokodyle.

Kolejnym punktem podróży była położona między klifami plaża Praia da Falesia oddalona od Albufeiry ok. 10 km na wschód. Tam zaparkowaliśmy samochód niedaleko skalnej formacji przypominającej Godzille, zrobiliśmy trochę zdjęć i zeszliśmy schodami na dół, na plażę. Minęliśmy skały i próbując omijać ogromne fale przebiegliśmy tuż przy linii brzegu, aby ostatecznie usiąść na piasku tuż przy klifach. Woda była turkusowa, przeźroczysta i wbrew pozorom naprawdę ciepła. Jednak kilka kroków wystarczyłoby znaleźć się po pachy w oceanie. Obiad w pobliskiej restauracji i ponowna wspinaczka po schodach do samochodu. Następnie pojechaliśmy do Lagos, miasta niegdyś słynącego z tarów niewolników. W 1755r jak również większość innym miast Algavre zostało zniszczone w trzęsieniu ziemi. Przejechaliśmy jedynie przez centrum miasta, aby dotrzeć do ścieżki położonej na skraju klifów. Spacer między formacjami skalnymi, tarasy widokowe i mnóstwo zdjęć.  Po długim i dość męczącym spacerze dotarliśmy do latarni morskiej, przy której było zejście na dół, między klifami do zatoczki dla łódek. Była możliwość przepłynięcia łódką wokół tych wszystkich klifów, jaskiń i ukrytych plaż, ale byliśmy tak zmęczeni, że postanowiliśmy wracać. Odpuściliśmy sobie nawet Sagres, czyli miasto uznane za koniec Europy na przylądku św. Wincentego na półwyspie Iberyjskim. Według Greków stała tu świątynia Heraklesa z dwiema kolumnami, odgradzającymi świat realny od magicznego. Rzymianie uważali, że w tutejszych wodach słońce chowa się na noc. Inna legenda głosi zaś, że do przylądka, na łodzi sterowanej przez kruki, w VIII w. przypłynęły z hiszpańskiej Saragossy szczątki św. Wincentego.

Dzień piąty, ponownie wróciliśmy do Portugalii. Tym razem udało się nam zahaczyć o Tavirę, małe miasteczko z klimatycznymi uliczkami, gdzie zachowały się XVII- wieczne domy. Wspięliśmy się też na mury pozostałe po zamku Castelo de Tavira z XI w, z którego widzieliśmy praktycznie wszystko. Następnie zeszliśmy na dół, na deptak i na Plac Republiki, przy którym znajdował się mały amfiteatr. Przeszliśmy przez ponad 200- letni most prowadzący do drugiej części miasta. Kolejnym przystankiem była ponownie Albufeiry, tym razem do miasta. Tylko złapał nas deszcz, kolejne oberwanie chmury, przez co nie udało się nam wiele zwiedzić, po za pozostałością starej bramy miasta i plaży.

Dodaj komentarz