Z Hiszpanią za pan brat cz.1

Przed lotem sprawdziliśmy dokładnie, co możemy przewieźć w bagażu podręcznym i tym głównym, aby uniknąć niedogodności. Odwiedziliśmy wiele stron internetowych i podzwoniłyśmy do znajomych. Oczywiście trzymają się nas kłopoty, bo jak się okazało, dopiero, co kupione przez nas walizki, w tym jedna żółta, okazały się za duże na te linie lotnicze. Tak, więc kombinowaliśmy, co możemy zrobić. Ostatecznie znaleźliśmy małe kosmetyczki, które miały wymiary 40x20x25.

Kolejny problem pojawił się przy przejściu przez kontrolę bagaży. Wszystko było dobrze, ale odbierając rzeczy, zauważyliśmy, że nie ma torby mojego brata. Zatrzymali ją do przeszukania. Zaczęliśmy, więc analizować, co tam było. Obok leżał laptop, wiec może to. A może tablet, który miał w torbie, albo ładowarka lub książki. Ale nic z tych rzeczy. Mój brat po prostu miał piórnik szkolny,  a w nim NOŻYCZKI. Skonfiskowali mu je na lotnisku. Młody był bardzo tym oburzony, że Pani zabrała mu nożyczki i jeszcze włożyła otwarty piórnik do torby, że o mało, co się nie rozpłakał.

Następnie z tym małym terrorystą musieliśmy przetrwać prawie 4h lotu samolotem, gdzie ciśnienie skakało, uszy zatykało, a lądowanie było tak twarde, że myślałam, że będę zaraz odmawiać pacierze.

Wylądowaliśmy w Faro, miejscowości w Portugalii, znajdującej się 80km od Isla Caneli. Czyli tak jak w Turcji porwał nas transfer, w którym spędziliśmy kolejne 1,5h.

Isla Canela – to niewielka wyspa umiejscowiona na południe od miasta Ayamonte w hiszpańskiej Andaluzji, tuż przy granicy Hiszpanii z Portugalią. Słynie ona z turkusowej wody i szerokich plaż.

Już po zmroku, bo tutaj dość szybko robiło się ciemno, wyszliśmy na spacer, żeby znaleźć jakiś sklep i się rozejrzeć. Wieczór jest idealną porą dla kotów, więc spotkałam ich sporo. Powolnym krokiem rozglądaliśmy się po wszystkich możliwych zakamarkach Isla Caneli, tu jakać drobna uliczka między ogromnymi hotelami czy rozległy park z palmami i ławkami dookoła. Udało się nam zdąrzyć na ostatnią chwilę przed zamknięciem sklepiku. Tutaj w Hiszpanii wstaje się później niż w Polsce, pracuje się do 14, a potem jest sjesta, dopiero ok. 17/18 ponownie wracają do pracy. Z tego powodu większość restauracji otwierała swoje kuchnie ok. 19.00.

Drugiego dnia, po śniadaniu ruszyliśmy na przejażdżkę małą kolejką, która zabrała nas aż do centrum Isla Caneli. Centrum, to chyba za dużo powiedziane, chodzi o to, że było tam znacznie więcej knajp i sklepów niż przy hotelu. Tam też zauważyliśmy stadion do piłki nożnej na piasku. Ludzie dosiedli się i ruszyliśmy dalej. Kolejnym przystankiem był port, przy którym wysiedliśmy. Po przerwie na picie, znaleźliśmy się na łódce, którą opłynęliśmy pobliskie wyspy. Isla Canele, Isla del Moral i Isla Cristinę. Serwowano na niej krewetki, których nie tknęłam i białe wino, które momentalnie zniknęło z mojego kieliszka. Potem po obiedzie i smażeniu się przy basenie, poszliśmy tam gdzie był stadion na piasku. To było 3,5km od naszego hotelu, spokojnym spacerkiem po plaży. Tak przynajmniej wyskoczyło na mapach Google, ale wydaje nam się, że jeśli w obie strony wyszło ok. 10km. Plaża piękna, długa i szeroka. Mało ludzi, jedynie gdzieniegdzie plażowicze i wędkarze. Woda chłodna i słona, na pewnym odcinku pełna glonów. Co jakiś czas przy brzegu leżały meduzy, które zrobiły ogromne wrażenie na moim bracie.  

Trzeci dzień zaczęliśmy od spaceru do Isla del Moral, czyli miasteczka tuż obok Isla Caneli, oddzielone jedynie mostem nad Canałem de la Mojarra, gdzie podczas odpływu ludzie zbierają kraby i małże, a podczas przypływu zamienia się w przystań. Przeszliśmy się bajecznymi uliczkami, zrobiliśmy zdjęcia przy urokliwych domkach z niebieskimi drzwiami i stanęliśmy naprzeciwko Parku Naturalnego. Potem taką samą drogą do portu i na obiad. Ponownie udaliśmy się do „centrum”. Tym razem doszliśmy do końca Isla Caneli i widzieliśmy już nawet Portugalię. Znaleźliśmy tam dość klimatyczną knajpkę, w której natrafiliśmy na polaka, kelnera mieszkającego już 23 lata w Hiszpanii i miłe Niemki, z pochodzenia Polki, które chętnie opowiedziały nam swoją historię (nie obyło się bez łez).

Wracając w jednym miejscu znalazło się przynajmniej 10 kotów, które tak miałczały, że nawet mój Pi, który jest naprawdę głośny, nie byłby w stanie ich przebić.

Czwarty dzień zaczął się już ok. 2 w nocy, gdy to nasza sąsiadka pobudziła nas swoim głośnym gadaniem. Ja tylko przymknęłam balkon i zasłoniłam uszy poduszką. Natomiast mój tata, nie wytrzymał i w amoku wyskoczył na taras. Wychylił się przez murek oddzielający balkony i przypadkowo strasząc tę kobietę, powiedział: „Silencio porfavor”. Zamilkła. Potem Izi się zapytała go, przez łzy i śmiech, co on tej babce powiedział. Tata na to, że nie jest pewien, więc zaczął sprawdzać w słowniku. Kolejne pytanie było znacznie lepsze: skąd ci to przyszło do głowy. Odpowiedział: Jakoś skojarzyło mi się to z papieżem. No wiesz, „obemus Papas silencjum”. W  skrócie mój tata doznał objawień papieża, tuż przed uciszeniem głośnej Hiszpanki. Zapisze się to na kartach historii jako objawienie na balkonie o 2 w nocy w Isla Caneli. Już widzę to w książkach od religii.

Dodaj komentarz